Zsikałam się na kasie

Inspektorzy pracy i prawnicy są przekonani, że doszło tu do rażącego złamania praw pracownika. Z zeznań kasjerki Wioletty K. (26 l.) z Elbląga wynika, że kierowniczka nie pozwalała jej odejść od kasy i pójść do toalety.

Z zeznań kasjerki Wioletty K. (26 l.) z Elbląga wynika, że kierowniczka nie pozwalała jej odejść od kasy i pójść do toalety.

17032009.jpg

Na wspomnienie tego co ją spotkało, cała się trzęsie. – Dwie godziny prosiłam kierowniczkę sklepu, w którym pracowałam na kasie, aby zezwoliła mi pójść do toalety. Nie zgodziła się. Nie wytrzymałam. Zsikałam się, a mocz pociekł mi po nogach na krzesło i podłogę … – głos pani Wioli się rwie. Zapłakana wybiegła na zaplecze. Gdy na drugi dzień przyszła do pracy, docinkom i złośliwościom kierowniczki miało według niej nie być końca. Nie wytrzymała, uciekła do domu. Dziś jest pod opieką lekarza psychiatry, a sprawę bada państwowy inspektor pracy.

 – Przejęliśmy nagrania z monitoringu, które potwierdzają, że faktycznie doszło do tego incydentu – powiedział nam Wiesław Matys, okręgowy inspektor pracy.

 Na szczęście szefowie Biedronki nie chowają głowy w piasek. Zapowiadają, że jeżeli potwierdzą się zeznania kasjerki, kierowniczka sklepu zostanie surowo ukarana.

 – Prowadzimy też wewnętrzne dochodzenie w tej sprawie – wyjaśnił rzecznik sieci sklepów Biedronka Paweł Tymiński.

 Wszystko wydarzyło się 2 marca tego roku w sklepie Biedronka w Elblągu. Pani Wioletta do pracy przyszła na godzinę 8. Wcześniej odprowadziła córeczkę do przedszkola. W tym dniu nie czuła się najlepiej, panowała epidemia grypy. Miała gorączkę i potwornie kaszlała. Jednak zdecydowała się iść do pracy, a po południu do lekarza. Feralnego dnia jak co dzień przywitała się ze współpracowniczkami, przebrała się w czerwony fartuch i ruszyła do pracy. Miała zmienić koleżankę, która pracowała na kasie nr 1
„Jest dużo klientów, pójdziesz zmienić dziewczynę z pierwszej kasy” – tak według pani Wioletty miała jej powiedzieć kierowniczka Magdalena R. (26 l.). Pani Wioletta wykonała polecenie przełożonej.

 – Po godzinie pracy w kasie, zaczął mi się dawać we znaki pęcherz. Parcie z minuty na minutę stawało się nie do zniesienia. Trzy razy dzwoniłam po kierowniczkę, ale ta nie zezwalała mi iść za potrzebą do toalety. Czułam, że mam gorączkę. Do oczu płynęły mi łzy – opowiada kasjerka. Później wyjaśniała w Państwowej Inspekcji Pracy: „poczułam nagle wielkie parcie i ciepło. Rozpłakałam się, a klienci patrzyli na mnie jak na wariatkę. Mocz spływał mi po nogach i krześle prosto na podłogę. W powietrzu pojawił się odór amoniaku z moczu, a ludzie odwracali się ode mnie”.

 Kiedy mocz rozlał się po podłodze, kobieta nadal obsługiwała klientów.

 – Ludzie patrzyli się na mnie, na mokry i śmierdzący fartuch, w końcu, nie wytrzymałam i z płaczem uciekłam na zaplecze. Kierowniczka powiedziała mi, że teraz to się popisałam i zachowuję się jak dziecko w przedszkolu co sika w gacie – opowiada zdruzgotana kasjerka. – Na drugi dzień też ze mnie drwiła. Wtedy kompletnie się załamałam – dodaje. Kobieta poszła szukać pomocy u przewodniczącego związku zarządu regionu „Solidarność”.

 – To co mi opowiedziała ta pani było niedopuszczalne, skierowałem ją do Inspekcji Pracy. Zachowanie tej kierowniczki jest po prostu nieludzkie – powiedział nam Mirosław Kozłowski (60 l.), przewodniczący zarządu regionu „S”. Wersję kasjerki potwierdza także Inspekcja Pracy

 – Inspektor przesłuchał kobietę i kierownictwo sklepu, został też przejrzany monitoring, który potwierdził wersję kasjerki. Kierownictwo też nie zaprzecza, że taki wypadek miał miejsce.

 – Wobec winnych wyciągniemy konsekwencje karne, kierowniczce grozi mandat karny w wysokości do 2 tys. złotych – wyjaśnia Wiesław Matys, okręgowy inspektor pracy.
Pani Wiolettę spotkało też inne niemiłe wydarzenie. Jak ujawniła policja po zgłoszeniu sprawy do PIP, nieznani sprawcy wrzucili przez okno do jej sypialni cegłę, wybijając dwie szyby.

 – Taki fakt miał miejsce, policjanci ustalają sprawców, a ich zatrzymanie to kwestia czasu – powiedziała nam Justyna Grzeczka z KMP w Elblągu.

 Sprawę komentuje też mecenas Lech Obara (62 l.), który już wcześniej prowadził sprawy pracowników różnych supermarketów.

 – To przykład karygodnego zachowania kierownika. Tu zostały złamane podstawowe prawa pracownicze, sprawa też powinna znaleźć finał w sądzie karnym, bowiem został wyczerpany art. 218 KK, tzw. złośliwe traktowanie – mówi nam prawnik.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *