Zaskakująco szybka reakcja prokuratury

Uprowadzono, torturowano i w nieludzki sposób zamordowano mu syna. Próbowano zniszczyć firmę i przejąć majątek. Usiłowano zamknąć w areszcie córkę i krewnych. Przez lata odmawiano mu pomocy i wsparcia. Nie poddał się i uparcie dochodził prawdy o zleceniodawcach uprowadzenia syna i winnych nieprawidłowości w śledztwie. Wczoraj sam usłyszał zarzut. Włodzimierza Olewnika wymiar sprawiedliwości oskarżył o „naruszenia nietykalności cielesnej prokuratora”. Grozi mu kara do trzech lat pozbawienia wolności.

– Jestem załamany. Potwierdza to moją tezę, że prokuratura w tej sprawie była stroną. Jestem przekonany, że przez wiele lat, błagając przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości: „proszę, pomóżcie mi ustalić, kto odpowiada za błędy w śledztwie”, w rzeczywistości kopałem się z koniem – mówi Włodzimierz Olewnik w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”.
Nieco ponad miesiąc temu minęła siódma rocznica porwania jego syna Krzysztofa Olewnika. Uprowadzenie młodego mężczyzny zakończyła jego brutalna śmierć, której – jak wszystko wskazuje – można było uniknąć, gdyby nie błędy i zaniedbania w pracy prokuratury i policji. Winnych tych zaniedbań do dzisiaj nie ma. Żaden prokurator czy policjant, który zbagatelizował materiał dowodowy, zlekceważył doniesienia rodziny i potencjalnych świadków i próbował zepchnąć śledztwo na boczny tor, nie usiadł do dziś na ławie oskarżonych. Przed sądem stanie natomiast ojciec ofiary, który nie milczał, ale głośno domagał się sprawiedliwości.
– Rodzina państwa Olewników nie do końca wierzy, że działania prowadzone przez prokuraturę doprowadzą do ustalenia winnych zaniedbań i ujawnienia pewnych mechanizmów, które doprowadziły do błędów w śledztwie – mówi mecenas Ireneusz Wilk, pełnomocnik rodziny Olewników.
Do zdarzenia miało dojść we wrześniu, w biurze zamiejscowym Prokuratury Krajowej w Sopocie. Według naszych informacji, Olewnik dotarł wówczas do materiałów, które wskazywały, że gdyby nie zaniechania na początkowym etapie śledztwa, jego syn mógłby żyć. Jak się dowiedzieliśmy, ojciec zamordowanego Krzysztofa podbiegł do prokuratora i chwycił go za klapy marynarki, krzycząc: „Co wyście zrobili?!”. – To był mój gest rozpaczy, w odpowiedzi na prowokacyjne zachowania prokuratora, którego jednak nie uderzyłem. Nic takiego nie miało miejsca, a całego incydentu bardzo żałuję – mówi Włodzimierz Olewnik.
Tymczasem sprawę rzekomej napaści bardzo szybko rozdmuchano w mediach. Pojawiała się niemal w każdej chwili na zarzut Włodzimierza Olewnika co do rzetelności i jakości prowadzonego śledztwa.

Niewygodny dla prokuratury
Nie ulega wątpliwości, że zdyskredytowanie Olewnika mogło być w interesie wielu osób z wymiaru sprawiedliwości. Mężczyzna nie szczędził bowiem gorzkich słów śledczym, wskazując na celowe opóźnienia śledztwa, próby tuszowania niektórych spraw i marazm w analizowaniu istotnych wątków. – Pan Olewnik miał rację, że walczył z prokuraturą. Praktycznie dopiero za czasów ministra Zbigniewa Ziobry, gdy śledztwo przeniesiono do Olsztyna, sprawa ruszyła z miejsca – zauważa mecenas Bogdan Borkowski, pełnomocnik oskarżonego.
Teraz jednak wymiar sprawiedliwości rozpoczął z Włodzimierzem Olewnikiem walkę. Prokuratura zdecydowała się postawić mu zarzuty, choć zdaniem Piotra Andrzejewskiego, prawnika i obrońcy praw człowieka w okresie PRL, w takim przypadku zachodzi przesłanka wskazująca na to, iż Olewnik działał w „uzasadnionym wzburzeniu”, a szkodliwość społeczna czynu jest tak niewielka, że nie doszło do przestępstwa. – To jest najlepszy dowód, że prokuratura w tej sprawie nie zachowuje obiektywizmu. Właściwie można powiedzieć, że bardzo subiektywnie odnosi się do śledztwa w sprawie nieprawidłowości w wymiarze sprawiedliwości – uważa Borkowski.

Media wspierają resort?
Jednocześnie z postawieniem zarzutów Włodzimierzowi Olewnikowi na portalu dziennik.pl ukazała się publikacja (w której powołano się na wysokiego rangą urzędnika Ministerstwa Sprawiedliwości) sugerująca, jakoby Olewnik miał pięściami pobić prokuratora i próbował zniszczyć tajne materiały „w niekorzystnym świetle przedstawiające Krzysztofa Olewnika i niektórych członków jego rodziny”. – Co za bzdura. To insynuacje wyssane z palca! Nic takiego nie miało miejsca. I mówię to jako świadek zdarzenia – komentuje mecenas Ireneusz Wilk.
Publikacja „Dziennika” sygnowana jest nazwiskiem autora, który rok temu pisał o „wycieku” aneksu z weryfikacji WSI. Latem tego roku okazało się, że gazeta nigdy do aneksu nie dotarła, ale publikacja stała się jednym z powodów śledztwa wobec członków Komisji Weryfikacyjnej WSI. Sam Olewnik nie ukrywa, że liczył się z sytuacją, w której przy pomocy części mediów i aparatu represji dojdzie do próby zamknięcia mu ust. – Ja tego nie mogę powiedzieć wprost, bo za chwilę postawią mi kolejny zarzut – insynuacji czy znieważenia. Takie działania prowadzone są nie od dziś. Tak było, gdy sugerowano, że mój syn sam się porwał, gdy próbowano zamknąć moją córkę Danusię, krewnych, wreszcie próbowano zniszczyć firmę – konkluduje.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *